PR I KOMUNIKACJA MARKETING W NIEMCZECH FILM BIG DADDY EXTRAS

poniedziałek, 4 października 2010

Maczeta, czyli rzeźnia i lans

Filmy dzielą się na dobre, złe i głupie. "Maczeta" Rodrigueza jest ponadgatunkowa - jest i zła i głupia. Za dużo tu bezmyślnego rżnięcia, a za mało poezji i finezji. A szkoda, bo potencjał na dobre kino akcji był całkiem duży.

Zobacz też:
Maczeta to film, który wpisuje się w aktualny ogólnoświatowy trend i generalnie radzi sobie bez fabuły. Jest tylko kilka skreślonych na kolanie wątków, które w niektórych miejscach (chcę wierzyć, że nieprzypadkowo) na siebie nachodzą, tworząc w mózgu widza optyczne złudzenie sensu, ładu i składu. Ale to tylko, drogi widzu, pozory. Bo nie o fabułę tu przecież chodzi. No bo jest maczeta, którą można napieprzać bez opamiętania, jest cysterna sztucznej krwi, którą podstawił reżyser-producent. Jest też Jessica Alba, której gra aktorska wprawdzie w dalszym ciągu przypomina boiskowe nawyki Grzegorza Rasiaka, ale to nie przeszkadza jej w byciu piekielnie-seksowną-latynoską-babką. W roli ozdobnika świetnie sprawdziła się też Lindsay Lohan, która nawet nie musiała grać. Rodriguez postanowił ją po prostu rozebrać i uśpić. I to jest zdecydowanie najlepszy pomysł dla panny Lohan.

Tnij i rżnij
A o co chodzi w najnowszym dziele Rodrigueza? Fabuły może przecież nie być, ale intryga to co innego. Jest przebrzydły amerykański polityk, który brata się z jeszcze bardziej przebrzydłą meksykańską szują. Panowie mają ambicję zbudowania na całej amerykańsko-meksykańskiej granicy mur, zamykając drogę nielegalnym emigrantom i monopolizując przerzut nielegalnych towarów. Plan niecny, ale, oczywiście, niewykonalny. Na ich drodze staje... pan Maczeta.

Tytułowy bohater gra kilkoma różnymi kozikami i jedną miną na wkurwionego Meksykańca. Inspiracją do takiej ekranowej pozy był prawdopodobnie obecny na planie Steven Seagal (tu w roli meksykańskiego bossa narkotykowego), który generalnie w swoim wachlarzu popisów aktorskich nie posiada mimiki. Seagal na ekrania pojawia się jednak na tyle rzadko, że widz nie ma czasu opatrzeć się z jego betonową gębą. W tym sensie Rodriguez miał na żelaznego Stevena świetny pomysł.

Wbrew pozorom nie twierdzę, że z herosa, maczety, sztucznej krwi i ślicznych lasek nie da się ukręcić dobrej fabuły. Ba! Twierdzę, że to jak najbardziej wykonalne! Problem w tym, że u Rodrigueza zabrakło odpowiednich proporcji. Rzeźnia jest zaskakująco sterylna, a rozwałka mało przekonująca. Sztuczna krew w jakiś magiczny sposób omija ciała i ubrania głównych bohaterów. Rozwałka bardziej przypomina więc tą z Drużyny A niż z epickich dzieł Tromy. Danny Trejo w roli Maczety to w zamyśle taki latynowski Brudny Harry, który najpierw wyrżnie maczetą 90 proc. ludności, a od niedobitków wyciągnie strzępy informacji. Niestety. Trejo jest tylko marną karykaturą Eastwooda; to taki Schwarzenegger z "Terminatora 3" - zupełnie nie wiadomo po co pojawia się na ekranie. A sceny komiczne, jak ta, w której Maczeta próbuje pisać smsa, nadają się najwyżej do ilustrowania debilnych pomysłów scenarzysty w szkołach filmowych...

Chaos niekontrolowany
Bezsensowny lans i sterylność "Maczety" podkreśla jedna z ostatnich scen, w której pospolite ruszenie Meksykańców szykuje się do ostatecznej bitwy. Rodriguez zadbał o wszystko: są wypasione fury z hydraulicznym zawieszeniem a'la gangsta rap, są fajne laski z krótkich bialutkich bluzeczkach, są gigantyczne giwery, a nawet chopper uzbrojony w działo przeciwpancerne. Nie wiadomo tylko kto jest dobry, a kto zły, komu kibicować, komu słusznie należy się łomot, a kto dostaje przez przypadek. W konsekwencji sens filmu pogrąża się w lansie i scenach niemalże batalistycznych, a kolorowe samochodziki-zabawki w fatalnym stylu zamykają jedyny sensowny w tym dziele wątek jednoczenia się uciskanych przez Amerykanów nielegalnych emigrantów z południa.

Jako wyznawca "Desperado" i miłośnik "Grindhouse" jestem najnowszym filmem Rodrigueza po prostu rozczarowany. Quentina Tarantino od lat odróżnia od twórcy "Maczety" klasa i warsztat, polegający na umiejętności zapanowania nad wszystkimi podjętymi wątkami. Tym filmem Rodriquez z całą pewnością nie dogoni króla gatunku. Śmiem twierdzić, że wytwórnia Troma zrobiłaby z tego scenariusza znacznie lepszy film, i to za kilka procent budżetu, jaki zgromadził Rodriguez. Na takie filmy po prostu szkoda prądu, kasy i, przede wszystkim, dup widzów, którzy będą musieli wysiedzieć dwie godziny w ciasnym kinowym fotelu. Następnym razem włączę sobie którąś z części "Toksycznego mściciela"...
 
MemoryFive
Copyright @MemoryFive. Skontaktuj się z autorem drogą mailową

2 komentarze:

  1. Sporo się spodziewałem po tym filmie. Raczej rozczarowanie. Czegoś mi brakowało w tym filmie. Sam nie wiem czego dokładnie. Segal, De Niro, Trejo jakoś są za mało twardzielami. Mieli wiele lepszych filmów. Chociaż podobało mi sie pare scen. Wyrwanie z brzucha 15 metrowych flaków i zjazd na nich na inne piętro. Załatwienie fałszywego policjanta maczetą. I właściwie tyle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bierzecie życie zbyt poważnie... Ten film nie ma być "poważnym filmem do whiski i fajki" - to ekstrarozrywkowe, nawet nie popkornowe kino klasy B. A może nawet C. Wypij piwo, uśmiechnij się - nie każdy film musi odwracać twoje życie emocjonalne do góry nogami ;-)

    OdpowiedzUsuń