PR I KOMUNIKACJA MARKETING W NIEMCZECH FILM BIG DADDY EXTRAS

niedziela, 27 grudnia 2009

Fabuła Avatara, czyli dlaczego ziewałem w kinie

Mam mieszane uczucia po premierze Avatara. Film, który określano mianem "rewolucji" wygląda trochę jak kolorowa wydmuszka. Gdyby z filmu Camerona odjąć efekty specjalne, to pozostanie marny skrawek historii, który nie obroni się przed logicznym wywodem. Rzecz w tym, że bracia Lumiere też nie byli mistrzami fabuły, a i tak są legendą kinematografii...


Przy okazji recenzowania "Avatara" nie warto wspominać o efektach specjalnych. Jeszcze przed premierą o filmie pisano głównie w kontekście nowoczesnej technologii, jaką twórcy ujarzmili na potrzeby tego dzieła. I rzeczywiście: w tej kwestii obraz Camerona pozostawia konkurencję daleko w tyle. Skupmy się na tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli na scenariuszu. Bez tego drobnego szczegółu "Avatar" wciąż byłby przecież zamknięty w umyśle Camerona. Tu, niestety, jest znacznie mniej kolorowo, niż na kinowym ekranie.

Ziew pierwszy - drzewo
W zamyśle "Avatar" to historia konkwistadorów, przeniesiona w bardzo odległą przyszłość. W wymyślonej przez Camerona przyszłości ludzkość zapuszcza się w odległe rejony kosmosu w poszukiwaniu nowych złóż surowców. Nihil novi po raz pierwszy. Na planecie Pandora tych złóż pilnuje prymitywny lud Na'vi. I tu, niestety, nihil novi po raz drugi. Pomimo niemal akrobatycznych zabiegów autora, aby odróżnić Na'vian od Ziemian, analogie są tak ewidentne, że nawet średnio rozgarniętemu widzowi w końcu zacznie to przeszkadzać. Centrum uniwersum tego ludu stanowi drzewo. Numer stary jak świat. Różne odmiany drzewa funkcjonują w większości systemów religijnych. Od Buddyzmu do Chrześcijaństwa. Od Celtów do Słowian. Dlatego w "Avatarze" pojawienie się drzewa jako ostatecznej wyroczni budzi uśmiech politowania.

Ziew drugi - naiwność
Pech ludu Na'vi polega na tym, że pod ich świętym drzewem znajdują się pokłady surowca, po który przybyli Ziemianie. Dlatego Na'vianie są raczej wrogo nastawieni do "ludzi nieba". Kiedy jednak w ich wiosce pojawi się główny bohater (a raczej jego avatar), przyjmą go z otwartymi ramionami i zaprowadzą w każdy kąt swej drewnianej krainy. Po co? Bo jest The Chosen One. Nihil Novi jak cholera.

Ziew trzeci - taktyka
Skoro jesteśmy w przyszłości i Ziemianie dysponują technologią zdolną do zakładania baz na powierzchniach obcych planet, to chyba nie zapomnieli o starym dobrym arsenale wojskowym? Niestety, zapomnieli. Do tępienia ludu Na'vi Ziemianie nie użyją bomby atomowej, rakiet ziemia-ziemia, ani taktycznych bombowców. Jest za to walka kontaktowa, napieprzanie z shotguna (na operatora tegoż załapał się sam Vin Diesel!) i napalm. Dlaczego akurat tak? Bo jakby było inaczej, to film nie miałby szans na happy end i potrwałby maksymalnie 15 minut.

Ziew czwarty - miłość
Biały człowiek zakochuje się w pięknej przedstawicielce obcego plemienia. Kojarzycie? No to historia miłości człowieka i Avatara będzie dla Was nihil novi. U Camerona napięcie erotyczne funkcjonuje przez 3/4 opowieści. Ach te smukłe, sprężyste ciała Na'vian (i w dodatku nagie!). Jak radośnie skikają po drzewach, jak zgrabnie owijają się w nocy liściem.... W "Avatarze" wszystko to kończy się niewinnym buzi-buzi. A widz ciekawski i chciałby zobaczyć jak TO robią na planecie Pandora.

Ziew piąty - brak logiki
U Camerona fabuła pozostaje na usługach technologii. A nie na odwrót. To trend znany, i hołubiony przez masowego widza, przynajmniej od dekady, ale w "Avatarze" osiąga formę dojrzałą (boję się użyć słowa "ostateczną", bo czekam na kolejny film Rolanda Emmericha). Brak logiki widać przede wszystkim w sferze zachowań ludu Na'vi. To tak, jakby Indianie nie zgadzali się z ekspansywną polityką Amerykanów, jednocześnie zapraszając ich do ogniska i częstując wybornym stekiem z bizona. Stosunki międzyludzkie na Pandorze są więc nie-wiadomo-jakie.

Nadchodzi Nowa Era, czyli po szóste...
Wszystkie przytoczone wyżej przykłady nie przekreślają jednak szans "Avatara" na zajęcie miejsca w historii kinematografii. Wprawdzie nie będzie to miejsce obok Orsona Wellesa, Alfreda Hitchcocka czy Ingmara Bergmana, ale jestem pewien, że o twórczości będzie głośno przez dekady. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w kwestii technologii produkcji filmu fabularnego "Avatar" jest dziełem przełomowym. O tym jak trwała będzie to rewolucja przekonamy się w ciągu najbliższych lat.

W poszukiwaniu zaginionej fabuły, czyli po siódme...
Nie ulega wątpliwości, że rezygnacja z fabuły na rzecz technologii jest zjawiskiem niepokojącym. W Ameryce kręci się coraz więcej wysokobudżetowych dziełek, a ich autorzy brutalnie rozprawiają się z resztkami inteligencji masowego widza. Wciąz czekam na superprodukcję, która, oprócz zapierających dech w piersiach scenerii, zachwyci mnie intrygującą fabułą. "Avatar" tych oczekiwań niestety nie spełnia.

P.S. Fabułę "Avatara" ciekawie sportretowali Matt Stone i Trey Parker w jednym z ostatnich odcinków serialu South Park. Epizod "Dancing With Smurfs" do obejrzenia na oficjalnej stronie serialu.


 
MemoryFive

Copyright @MemoryFive. Skontaktuj się z autorem drogą mailową

2 komentarze:

  1. Człowieku! Czy ty go oglądałeś? Avatara na początku chcieli zabić.nie patrz na fabułę ,a poczuj siebie tam. Nie znam cię ale na podstawie tego co tu napisałeś mam bardzo niską ocenę o tobie. Po rozmowie może byśmy doszli do powodu twojej niechęci do Avatara. Jak coś to pisz na Pisarczyk13@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałem bardzo dokładnie a potem przedstawiłem swoją opinię tego co zobaczyłem :) Polecam zapoznanie się z poniższym wątkiem: Wokół fabuły filmu Avatar - dyskusja merytoryczna

    OdpowiedzUsuń